Polecane Strony:

gmsrecruitment.com - Doctor job
medandlife.com - sprzęt dentystyczny
sebastianmaczuga.pl - fotografia ślubna Rzeszów
paletex.com - Europalety
techbaza.pl - pralka siemens
Zapraszamy.
A A A

Anna Karenina - część jedenasta

 

 

 

Do powiatu surowskiego nie było ani kolei, ani pocztowego gościńca, tak że Lewin jechał własnymi końmi i tarantasem.
W połowie drogi zatrzymał się u bogatego chłopa, żeby nakarmić konie. Wrota otworzył mu łysy, krzepki jeszcze, stary chłop z rozłożystą, rudą brodą posiwiałą u policzków i aby przepuścić trojkę, przycisnął się do węgara. Pokazawszy stangretowi miejsce pod szopą na nowym, dużym, szerokim, czystym i uprzątniętym podwórzu, gdzie stały poopalane drewniane sochy, stary poprosił Lewina do izby gościnnej. Czysto ubrana młoda kobieta, w kaloszach włożonych na bose nogi, schylona wycierała podłogę w nowej sieni. Zlękła się zrazu psa, który wbiegł za Lewinem, i krzyknęła, lecz. Wnet roześmiała się ze swego przestrachu dowiedziawszy się, że pies nikogo nie rusza. Wskazawszy Lewinowi zakasaną ręką drzwi do izby, pochyliła się znowu, chowając urodziwą twarz, i szorowała w dalszym ciągu.
— Może podać samowar czy jak? — zapytała. — Proszę bardzo.
Izba była wielka z kaflowym piecem i przepierzeniem. Pod świętymi obrazami stał stół malowany we wzory, ławka i dwa krzesła. U wejścia była szafeczka z naczyniami. Okiennice trzymano zamknięte, much było mało i panowała taka czystość, że Lewin począł się niepokoić, czy Łaska, która biegła za bryczką i kąpała się w kałużach, nie zawała podłogi, kazał jej więc leżeć w kącie u drzwi. Po obejrzeniu izby Lewin wyszedł na podwórko za chatą. Przystojna młoda kobieta w kaloszach, kołysząc na nosidłach puste wiadra, pobiegła, wyprzedzając go, po wodę do studni.
— A śpiesz się! — wesoło krzyknął za nią stary i podszedł do Lewina. — A co, panie, czy pan jedzie do Miskołaja Iwanowicza Swiażskiego? I on do nas czasami zajeżdża — zaczął z widoczną ochotą do rozmowy i oparł się o balustradę ganku.
Pośród opowiadania starego o jego znajomości ze Swiażskim znów skrzypnęły wrota i na podwórze wjechali robotnicy z pola z sochami i bronami. Konie, zaprzężone do soch i bron, były wypasione i rosłe. Dwaj młodzi robotnicy w perkalowych koszulach i czapkach z daszkiem należeli wyraźnie do rodziny; dwaj pozostali, w zgrzebnych koszulach, to byli ludzie najemni: jeden człek w latach, drugi — młody chłopak. Gospodarz zeszedł z ganku, zbliżył się do koni i zaczął je wyprzęgać.
— A coście orali? — spytał Lewin.
— Obradlaliśmy kartofle. Dzierżawimy także trochę ziemi. Ty, Fiedot, zostaw wałacha, daj mu obrok, zaprzęgniemy innego...
— A co, tato? Kazałem posłać po lemiesze, czy je przyniesiono?— zapytał tęgi, wysokiego wzrostu chłopak, najwidoczniej syn starego.
— Ot tam... w sankach — odpowiedział, stary zwijając zdjęte lejce i rzucając je na ziemię. — Narządź je, a oni tymczasem zjedzą obiad.
Przystojna młoda kobieta z pełnymi wiadrami, ciążącymi jej na ramionach, weszła do sieni. Pozjawiały się jesz cze skądś baby młode i ładne, baby w średnim wieku i baby stare i brzydkie — z dziećmi i bez dzieci.
W rurze samowaru poczęło huczeć; robotnicy i członkowie rodziny, uporawszy się z końmi, poszli na obiad. Lewin, który wyjął, z powozu swoje zapasy, zaprosił starego, żeby się z nim napił herbaty.
— Ależ po co, jużeśmy dzisiaj pili— powiedział stary, z widoczną przyjemnością przyjmując zaproszenie. — Chyba że dla kompanii.
Przy herbacie Lewin dowiedział się całej historii gospodarstwa starego chłopa. Dziesięć lat temu wydzierżawił on od dziedziczki sto dwadzieścia dziesięcin; a w roku ubiegłym kupił je i w dodatku wydzierżawił jeszcze trzysta od sąsiada ziemianina. Niewielką część ziemi, najgorszą, oddawał kawałkami w dzierżawę, a około czterdziestu dziesięcin pola obrabiał sam z rodziną i z dwoma najemnymi robotnikami. Stary skarżył się, że mu się nie wiedzie, lecz Lewin wyczuwał, że skarżył się tylko dla przyzwoitości i że gospodarstwo jego znajdowało się w stanie kwitnącym. Gdyby naprawdę było źle, nie kupiłby ziemi po sto pięć rubli za dziesięcinę, nie ożeniłby trzech synów i bratanka, nie odbudowałby się dwa razy po pożarze, i to coraz dostatniej. Mimo skarg starego widać było, że jest nie bez facji dumny ze swego dobrobytu, ze swych synów, dumny z bratanka i synowych, z krów, koni, a zwłaszcza z tego, że całe gospodarstwo trzyma się kupy. Z rozmowy ze starym Lewin dowiedział się, że ten wcale nie był przeciwnikiem innowacji. Sadził dużo kartofli i jak Lewin widział w przejeździe, jego kartofle już przekwitły i poczynały się zawiązywać, podczas gdy u Lewina dopiero zakwitały. Pod kartofle orał pługą, jak nazywał pożyczony od sąsiada ziemianina pług. Siał także i pszenicę. Drobny szczegół, to mianowicie, że stary, po wypieleniu żyta z pszenicy, wyrwanym żytem karmił konie, po prostu wstrząsnął Lewinem. Ileż to razy, widząc, jak u niego marnuje się ta doskonała pasza, chciał ją zbierać, lecz nigdy nie mógł do tego doprowadzić. U chłopa jednak robiono to i stary nie mógł się dosyć nachwalić tego karmu.
— A cóż innego babinki mają do roboty? Wyniosą to na drogę, a tam już wóz podjedzie.
— A my, ziemianie, nie możemy sobie dać rady z robotnikami — rzekł Lewin podając gospodarzowi szklankę herbaty.
— Pięknie dziękuję — powiedział stary biorąc szklankę; nie wziął jednak cukru, wskazując na resztę swego niedogryzionego kawałka. — Jakże można gospodarować z najemnymi robotnikami? — zauważył. — Nic, tylko ruina! Ot, choćby i U Swiażskiego. My tutaj dobrze wiemy, jaka tam dobra ziemia... Jak złoto! A i on także urodzajem pochwalić się nie może. Wszystko — z braku dozoru!
— A wy sami przecie z robotnikami gospodarujecie?
— My to co innego, my robimy po chłopsku. Wszystko sami. Jeśli się który nie nada, wyganiamy, bo i z samymi swoimi też damy radę.
— Tato, Finogen kazał, żebyście dziegciu dali — powiedziała wchodząc kobieta w kaloszach.
— Tak to jest, proszę pana! — wyrzekł stary wstając Przeżegnał się z wolna, podziękował Lewinowi i wyszedł.
Gdy Lewin wszedł do izby mieszkalnej, aby wywołać stamtąd swego stangreta, ujrzał za stołem całą chłopską rodzinę. Baby usługiwały stojąc. Dorodny młody syn, z ustami pełnymi kaszy, opowiadał coś zabawnego i wszyscy śmieli się głośno,

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 31 Następna »